Sponsorzy

  • 1.png
  • 2.png
  • 3.png
  • 4.png
  • 5.png
  • 6.png
  • 7.png
  • 8.png

Pomnik upamiętniający operację Most I (Wildhorn)

W nocy z 15 na 16 kwietnia 1944 r. odbyło się pierwsze w okupowanej Polsce konspiracyjne lądowanie samolotu alianckiego „DAKOTA”, który wystartował z Brindisi z lotniska Campo Casale we Włoszech lądując na matczyńskich polach. Był to samolot transportowy o dużym zasięgu operacyjnym - Douglas C-47 Skytrain/Dakota, posiadający dodatkowe zbiorniki w kadłubie, mogący startować z lotnisk trawiastych. Anglicy nadali operacji kryptonim „Wildhorn”, u nas akcja przeszła do historii pod kryptonimem „Most I”. Była to jedna z najsłynniejszych akcji polskiego ruchu oporu w czasie II wojny światowej.

Załogę samolotu stanowili:
I pilot – por. pil. Ted Harrod – Anglik
II pilot – Oficer Łącznikowy. kpt. pil. Bolesław Korpowski – Polak
Nawigator – Jack Willcock – Walijczyk


Akcją kierował Referat Lotniczy Komendy Okręgu Armii Krajowej w Lublinie kpt. pil. Janusz Mościcki. Akcję przygotowali i osłaniali żołnierze AK z Rejonu Bełżyc oraz Oddziały Partyzanckie: „Nerwy”, „Rysia”, „Szarugi” i „Zapory”.

Operacja „Most I” była pierwszą tego typu doskonale zorganizowaną i zakończoną pełnym sukcesem akcją przerzutu samolotem do Polski okupowanej przez Niemców.

Dakota w kwietniu 1944 roku wylądowała niemal punktualnie o Gozdnie 1 w nocy. Z transportowca wysiadło poza pilotami dwóch „cichociemnych”, przywieziono broń i pocztę. Tych dwóch „cichociemnych” to, w ówczesnej nomenklaturze wojskowej, ekipa XLIII: rtm. Narcyz Łopianowski PS. Sarna i podporucznik broni pancernej Tomasz Kostucha PS. Bryła, którzy zostali skierowani do Warszawy, gdzie powierzono im stanowisko inspektoratów służby pancernej. Z lotniska odebrali ich i zaopiekowali się nimi żołnierze z oddziałów „Nerwy” i „Szarugi”. Z włoskiej Brindisi przywieziono ponad 60 tysięcy dolarów i specjalne pasy z pieniędzmi dla Delegatury Rządu na Kraj, drugi kenkart, pocztę, instrukcje, sprzęt fotograficzny, kapsułki z trucizną. 

Z lotniska pod Matczynem natomiast samolot zabrał do bazy w Brindisi we Włoszech pięciu delegatów z Komendy Głównej AK i Delegatry Rządu w Kraju: Byli to oficerowie AK: gen. Stanisław Tatar PS. Tabor, Turski, Erazm, płk Ryszard Dorotycz-Malewicz PS. Strzemię, Topór, Hańcza ppor. Bogdan Sałaciński PS. Andrzej Pomian, Mikołaj Dowmund, Kazimierz Sośnicki z BIP, emisariusz Dowódcy AK do Naczelnego Wodza i jako osoby cywilne por. Zygmunt Berezowski ps. Redaktor, Zysia, Oleśnicki, b. poseł na Sejm RP, wysłannik Delegata rządu na Kraj, członek Prezydium Stronnictwa Narodowegi i członek Konspiracyjnej Rady Jedności Narodowej oraz Stanisław Ołtarzewski ps. Stefan Stanisławski z Delegatury Rządu, przedstawiciel Stronnictwa Narodowego. Zabrano również pocztę kurierską, sztandar haftowany darowany Brygadzie Spadochronowej na Zachodzie oraz najważniejsze materiały wywiadowcze dotyczące niemieckich rakiet V-1 i V-2. Mikrofilmy dla bezpieczeństwa były przemyślnie wklejone w okładki książeczki do nabożeństwa i egzemplarza „Pana Tadeusza”. Sztandar miał swoją piękną historię. Został zaprojektowany i wykonany jesienią 1942 r. przez mieszkanki Warszawy dla I Polskiej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego. Jego matkami chrzestnymi wówczas były pisarki Zofia Kossak i Maria Kann, także pilotka. Gdy sztandar wysłano do Londynu Zofia Kossak była już więźniarką obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, a dwaj oficerowie z pierwszego pocztu sztandarowego polegli w walkach z Niemcami. Sztandar ten został wręczony Brygadzie Spadochronowej przez prezydenta RP Władysława Raczkiewicza 15 czerwca 1944 r. w miejscu pobytu sztabu brygady w Cupar w Wielkiej Brytanii. Inicjatorem sztandaru był „hubalczyk” cichociemny, ppłk dypl. Maciej Kalenkiewicz ps. Kotwicz, który obiecał gen. Sosabowskiemu uszycie go w kraju i dostarczenie do Wielkiej Brytanii jako symbol łączności i wdzięczności dla polskiej Brygady. Ppłk Maciej Kolenkiewicz został zrzucony do kraju w nocy z 27 na 28 grudnia 1941 r. w pobliżu Łowicza, listem gończym poszukiwany przez gestapo, zginął jako komendant Nowogródzkiej Podokręgu AK 21 sierpnia 1944 r. wraz z 32 swoimi żołnierzami w walce z oddziałami Armii Czerwonej pod Surkantami.

Jako sprzęt niezbędny przy lądowaniu i starcie samolotu z lotniska przygotowano drewniane deski, siekiery, piły, łańcuchy, dwie pary mocnych koni. To wszystko uzyskano z majątku Babin, którego właścicielem był Jan Nowakowski. Dziedzica sąsiadującego majątku w Matczynie Wacława Jana Ligowskiego poinformowano też wcześniej, że Niemcy wyznaczyli kontyngent na polny kamień i należy zebrać go z pola zasianego koniczyną, ułożyć na pobocza w pryzmy oraz dostarczyć w ustalonym terminie do gminy. Misji negocjacji z dziedzicem  podjął się Hardy, czyli Stanisław Chomicki. W ten sposób usunięto z polowego lotniska naturalne przeszkody w lądowaniu samolotu.

 Melodia znanej ludowej piosenki „Koło mego ogródeczka rosła sobie jabłoneczka” nadanej przez BBC była znakiem startu  samolotu kierowanego do Polski i natychmiast ogłoszono stan pogotowia. Wieczorem „Jutrzenka” powtórzyła tę melodię, co było z kolei sygnałem, że koło 1 w nocy na lotnisku pojawi się aliancki samolot. Jezrr Krzyżanowski w książce „U Szarugi” podał, że nadana w południe melodia „Koło mego ogródeczka …” wskazywała, że w tym dniu odbędzie się akcja przerzutu, zaś wieczorem „Hej, góral ja se góral” sygnalizowała godzinę lądowania w Polsce, a trzecia melodia „Łyczakowskie tango” potwierdzała, że samolot wystartował z Włoch.

Jeden z cichociemnych, którzy przylecieli Dakotą, ppor. Tomasz Kostuch ps. Bryła wspominał: „15 kwietnia 1944 r. o godzinie 14 – alarm i wyjazd na lotnisko (w rejonie Brindisi we Włoszech). Po szczegółowej kontroli ekwipunku byliśmy gotowi. O godzinie 17 nadano w audycji radiowej BBC melodię „Hej, góral, ja Se góral”, którą odebrał w Polsce cichociemny łącznościowiec Piotr Nowak ps. „Oko”. Wieczorem, przy pełni księżyca, wystartowaliśmy. Trasa około 1100 km wiodła z Włoch nad Adriatykiem, Jugosławią, Węgrami, na rozwidleniu Wisły i Sanu, w rejon Lublina, do lądowiska „Bąk” w trójkącie: Babin, Pawlin, Matczyn. Nad Węgrami w okolicy Balatonu samolot został ostrzelany przez artylerię przeciwlotniczą”.

O godzinie 20 ogłoszono pogotowie na plebani ustalając wymarsz na godzinę 21. W godzinę później, o 22, spod budynku szkoły w Bełżycach ruszyły cztery furmanki w otoczeniu zwiadu konnego. W pierwszej jechało sześciu uzbrojonych w broń maszynową partyzantów, w drugiej oficerowie przygotowani do przerzutu na stronę aliancką. Fury dojechały do Matczyna, ludzie wysiedli tuż przy stodole, która zamykała pole lotniska. Stała się też dla wszystkich osłona przed wiejącym wówczas zimnym wiatrem.

Dla wysiadającego z samolotu Kanadyjczyka w pierwszej chwili wydało się podejrzane umundurowanie ludzi, którzy otoczyli Dakotę. Niemal automatycznie sięgnął po pistolet z kabury. Uspokojono, go jednak, ze to polscy partyzanci i że pod niemieckimi bluzami mają angielskie steny. Pierwsza natomiast reakcja polskiego pilota, który wysiadł z samolotu, była zaskakująca dla żołnierzy. Ukląkł, ziemię ucałował i zaczął ją zagarniać do czapki. Wacław Fikus zapamiętał, że pilot ucałował ziemię, Tadeusz Wojtaszko napisał, że tylko ukląkł i nabrał garść rodzimej ziemi do „lotniczej hauby”. Ktoś napisał, że skrobał saperką „skutą mrozem glebę” i wkładał ją do pokrowca hełmu tropikalnego. Za rozstrzygającą należy przyjąć wersję relacji płk Janusza Mościckiego, który był najbliżej tej sceny. Napisał, że polski pilot powiedział: - Ni dziwcie się chłopcy, myśmy tak się stęsknili za tą polską ziemią, chcę jej trochę wziąć na grób gen. Sikorskiego i groby kolegów.

W dość dramatycznej sytuacji znalazł się Stanisław Chomicki ps. Hardy w momencie startu Dakoty z lotniska „Bąk”. Nie obyło się bez dramatycznych chwil niepewności, bo samolotami przy pierwszym włączeniu silników nie udało się ruszyć ze słabo utwardzonego lotniska. Zapalone reflektory samolotu, który przy drugiej próbie, po włączeniu przez pilota sprężarki, uniósł się niecały metr nad ziemię i zrywał do lotu, oślepiając obsługę naziemną. Gdy stojący niedaleko żołnierz nie krzyknął do Chomickiego – Padnij!, podwozie Dakoty zmiotłoby oślepionego. Chomickiego z podejrzeniem nerwicy serca odwieziono do szpitala. Lekarze bełżyccy i nie tylko (Stanisław Wójtowicz, Władysław Grażewicz, Marian Dobrowolski, Józef Stawecki) byli postawieni do samego początku akcji, a i wcześniej od 10 kwietnia, w stan pełnej gotowości. W grupie sanitariuszek znajdowała się również Melania Guczalska ps. Kalia, od 1942 r. w AK w Bełżycach z przydziałem do oddziału specjalnego zrzutów i lądowania samolotów.

Dopiero 16 kwietnia o godzinie 10 z Brindisi „Jutrzenka” nadała otwartym tekstem, nie alfabetem Morse’a, potwierdzenie szczęśliwego przylotu Dakoty z ludźmi i materiałami: „Kwitujemy, dziękujemy, przybyli”. Nerwa, po noclegu w chałupie u gospodarza w Miłocinie, przedostał się do Lublina wraz z dwoma cichociemnymi, których w następnych dniach dostarczono do Warszawy.

Bezpośrednio po akcji „Most I” dowódcy oddziałów ochronnych przestrzegali gospodarczy w Matczynie, że w najbliższych godzinach niemieccy żandarmi mogą dokonywać penetracji terenu i aresztowania ludzi. Nie wszyscy jednak uciekli do lasu. Niemcy natrafili na ślady lądowania samolotu, doszli jednak do wniosku, fałszywego, że był to samolot radziecki. W niedzielę 17 kwietnia, po południu, do wsi przyjechali furmanką dwaj Niemcy i czterej Ukraińcy. Przepytywali, starali się dowiedzieć coś więcej na temat nocnego lądowania samolotu. Gospodarze, którzy zaprzeczali jakoby cokolwiek w nocy słyszeli czy widzieli, zostali zatrzymani. Niemcy dojeżdżając do wsi przez lornetki zobaczyli idącego od strony Matczyna dwóch młodych chłopców, byli to Marian Madej i Bielak, którzy szli w odwiedziny do dziewczyny u Paździorów. Bielakowi udało się zmylić Niemców i ukryć między zabudowaniami.

Żandarmi i esesmani zabrali pięciu gospodarzy i osadzili ich w więzieniu na lubelskim Zamku. Byli to: Władysław (lat 48), Józef (lat 43), i sołtys Antoni (lat 38) bracia Paździorowie, Władysław Pietraś (lat 39), Marian Madej (lat 17). Wszyscy zginęli zamordowani na zamkowym wzgórzu.  W 1992 r. w 48 rocznicę lądowania samolotu alianckiego, wmurowano w kościele w Matczynie tablicę pamiątkową „dla potomnych oddając hołd pomordowanym”, którzy zginęli w wyniku niemieckiego odwetu za akcję „Most I”.

Lądowanie w Polsce, okupowanej przez Niemców, samolotu alianckiego było sprawą bez precedensu, ale i niezwykle niebezpieczną. Przez Lubelszczyznę szły już wówczas olbrzymie transporty wojsk niemieckich ze wschodu. Udana akcja pod Matczynem miał duże znaczenie moralne, wzbudziła powszechny zachwyt wśród uczestników, ale też sprawiła, że do końca wojny jeszcze dwukrotnie przerzucano drogą lotniczą ludzi i ważne dokumenty z Zachodu do kraju i z kraju do Anglii. W nocy z 15 na 16 lipca samolot aliancki lądujący w okolicach Tarnowa w Okręgu AK Kraków, zabrał ważne elementy rozmontowanego pocisku V-2. W tym samym miesiącu z 25 na 26 lipca 1944 r. w akcji „Most III” dokonano kolejnego udanego przerzutu.

Źródło: Gzella A. L., "Na ścieżkach bohaterów ... Opowieści o bełżyckich weteranach", Lublin 2006 r., s. 163 - 177.

 

Odsłony: 721